Nie wiem, czy można przygotować się na taką wyprawę. Na góry – być może. Spakować buty, kurtkę, batony energetyczne, zrobić listę rzeczy „niezbędnych”. Ale na to, co wydarzy się pomiędzy krokami – nie sposób się przygotować, a może właśnie przygotowywałyśmy się na to całe życie 🙂
Wyruszyłyśmy razem, grupą kobiet. Każda z własnym życiem, bagażem, historią. A jednak już na samym początku wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko. Jedna z nas – silna, dzielna, pełna zapału – po prostu się zatrzymała. Ciało powiedziało „stop”, jakby nie mogło zrobić ani kroku więcej. Widok jej sylwetki cofającej się pod ciężarem plecaka zostanie ze mną na zawsze.
I wtedy padły słowa: „Musimy jej pomóc.”
Nie było długich narad. Nikt nie kalkulował. Ręce same sięgnęły po plecak, który jeszcze chwilę wcześniej wydawał się zbyt ciężki nawet dla siebie. I nagle – coś się odmieniło. Dźwigając więcej, poczułyśmy się lżej. Jakby to nie mięśnie niosły, ale jakaś niewidzialna siła wspólnoty. Solidarność kobiet w górach. Siła, która nie potrzebuje fanfar, a jednocześnie kiedy się ją obserwuje widzisz tego prawdziwego bohatera o którym nie mówi się głośno.

Przed nami było siedem godzin wędrówki stromo pod górę. Siedem godzin śmiechu, zmęczenia, błota, zachwytów, wspólnych postojów, momentów ciszy i milczącego wsparcia. Pogoda jakby dokładnie wiedziała, czego nam trzeba – słońce, deszcz, a nawet dwu-centymetrowy grad, który spadł z nieba wtedy, gdy już byłyśmy bezpieczne, najedzone i schowane pod dachem schroniska.

Przypadek? Może. A może jednak nie.

Spotykałyśmy ludzi, którzy pojawiali się na naszej drodze jak znak, że dobro naprawdę istnieje. Czasem wystarczyło jedno słowo, jeden gest – i czułyśmy się jak część większej sieci, utkanej z prostoty, ludzkiej życzliwości, zwykłego „tu i teraz”.

A widoki? Takie, które zatrzymują czas. Przestrzenie, które oddychają za ciebie. I to uczucie: „Jestem dokładnie tam, gdzie mam być.” 
Były momenty zmęczenia. I te, gdy ciało podpowiadało: „zatrzymaj się.” Ale zaraz potem przychodziła ulga – niespodziewana, jak prezent od gór.
Śmiech – ten oczyszczający, dziecięcy, pełen wdzięczności.
Słowa – proste i ważne.
Cisza – mówiąca więcej niż niejeden esej.
I to coś nienazwanego, co zawisło nad nami jak ciepła chmura miłości. Namacalna energia, o której się czyta w książkach, ale rzadko doświadcza naprawdę.
My jej doświadczyłyśMy.
Nie wiemy, czy to zasługa gór, czy naszych serc. Może jedno i drugie. Ale wróciłyśmy inne.
Lżejsze. Silniejsze. Lepsze – dla siebie, i dla świata.
I może właśnie o to chodzi w takich wyprawach – żeby nie wracać tą samą osobą. Żeby zostawić coś w górach, ale też coś zabrać. Nie kamień, nie pamiątkę – tylko to coś, co trudno opisać, ale co zostaje w nas już na zawsze…